Odwiązanie
Robiłam to, by czuć się potrzebną. Ważną. Sprawczą. Aby mieć nad czymś kontrolę, testować lojalność drugiej strony, przywiązywać do siebie. Ale też odwracać własną uwagę od rozpaczy mieszkającej we mnie. Od faktu, że jedyną osobą, którą mam obowiązek ratować przed umieraniem, jestem ja. Moi rodzice byli dużymi dziećmi, więc ja bardzo szybko musiałam stać się małym dorosłym. Tak mi już zostało, co każdy małoletni uwięziony w dojrzałym ciele wyczuwał natychmiast. A ja wchodziłam w to jak w masło. Nie jest winą osoby z wyuczoną bezradnością, że sobie nie radzi. Nie jest moją winą wdrukowana nadwrażliwość na ludzkie gesty czy słowa. Czy też na ich brak. Dlatego nawet jeśli druga strona zawalała bez premedytacji, ja ten wypadek przy pracy odbierałam jako ewidentny sabotaż moich usilnych starań o jej uratowanie. „Czyli ma mnie w dupie! Nie jestem warta!”. I tak w kółko. „Nie każdego da się uratować” – powtórzyła któryś raz z kolei na przestrzeni lat moja terapeutka, kiedy znowu wpakowałam si...