Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2021

Odwiązanie

Obraz
Robiłam to, by czuć się potrzebną. Ważną. Sprawczą. Aby mieć nad czymś kontrolę, testować lojalność drugiej strony, przywiązywać do siebie. Ale też odwracać własną uwagę od rozpaczy mieszkającej we mnie. Od faktu, że jedyną osobą, którą mam obowiązek ratować przed umieraniem, jestem ja. Moi rodzice byli dużymi dziećmi, więc ja bardzo szybko musiałam stać się małym dorosłym. Tak mi już zostało, co każdy małoletni uwięziony w dojrzałym ciele wyczuwał natychmiast. A ja wchodziłam w to jak w masło. Nie jest winą osoby z wyuczoną bezradnością, że sobie nie radzi. Nie jest moją winą wdrukowana nadwrażliwość na ludzkie gesty czy słowa. Czy też na ich brak. Dlatego nawet jeśli druga strona zawalała bez premedytacji, ja ten wypadek przy pracy odbierałam jako ewidentny sabotaż moich usilnych starań o jej uratowanie. „Czyli ma mnie w dupie! Nie jestem warta!”. I tak w kółko. „Nie każdego da się uratować” – powtórzyła któryś raz z kolei na przestrzeni lat moja terapeutka, kiedy znowu wpakowałam si...

Z czym je się terapię

Obraz
Wiele  lat temu, na zakończenie jednej z sesji, dostałam od swojej terapeutki łyżeczkę. Było to jedno z najtrudniejszych spotkań. Pootwierałyśmy kilka źle zszytych ran, tryskała krew, a nasz czas tego poranka powoli dobiegał końca. Zbierałam się do wyjścia, szlochając, i Jola wiedziała, że to krytyczny moment. Że nie mam wsparcia na zewnątrz. Że w najlepszym wypadku nie wrócę do jej gabinetu, w najgorszym – odnajdzie w moich papierach, po powrocie z dwutygodniowego urlopu, adnotację o udanej próbie samobójczej. Rozpaczliwie (choć próbując nie dać po sobie tego poznać, by jeszcze bardziej mną nie zatrząsło) szukała czegoś, o co mogłabym się zahaczyć, do czego wrócić, co podtrzymałoby moje połączenie ze światem żywych i pomogło przetrwać bardzo trudny czas oczekiwania na wspólne przyjrzenie się otwartym ranom, zrozumienie procesu ich powstawania, wreszcie zszycie przy użyciu profesjonalnych narzędzi. Żeby szwy już nigdy nie puściły. Kiedy żadne słowo ani mocny uścisk na pożegnani...

Kryzys miłości

Obraz
„Wypierdalaj, dziwko, bo Ci łeb rozpierdolę” – zawarczał, trudno zliczyć po raz który, mój brat. Zawarczał na kilka lat przed tym, jak ostatecznie zerwałam ze swoim patologicznym stadem. Byłam już wtedy w terapii i trochę już wiedziałam, że w ogóle nie o mnie chodzi, że zainstalowany w nim sfrustrowany pijak po prostu szuka zaczepki, a ja jestem pod ręką. Nauczyłam się też nie sprawdzać już w takich momentach jego prawdomówności i nie przystępować do bitwy kończącej się poprzewracanymi meblami. Telefoniczne zapewnienie matki – nieobecnej akurat właścicielki mieszkania – o słuszności braterskiego wzburzenia, gdyż pyskuję, przychodzę wtedy, gdy nie powinnam, i sama się o wpierdol proszę, utwierdziło mnie w przekonaniu, iż należy stamtąd wyjść. I w ten oto sposób pierwszy raz w życiu posmakowałam kryzysu bezdomności . Miałam sporo szczęścia. Przez kilka tygodni mogłam spać w zajętej przez bank, ogołoconej z mebli, prądu, ogrzewania i wody chałupie znajomej, a tamten listopad był łaskawy....