Z czym je się terapię


Wiele lat temu, na zakończenie jednej z sesji, dostałam od swojej terapeutki łyżeczkę. Było to jedno z najtrudniejszych spotkań. Pootwierałyśmy kilka źle zszytych ran, tryskała krew, a nasz czas tego poranka powoli dobiegał końca. Zbierałam się do wyjścia, szlochając, i Jola wiedziała, że to krytyczny moment. Że nie mam wsparcia na zewnątrz. Że w najlepszym wypadku nie wrócę do jej gabinetu, w najgorszym – odnajdzie w moich papierach, po powrocie z dwutygodniowego urlopu, adnotację o udanej próbie samobójczej.

Rozpaczliwie (choć próbując nie dać po sobie tego poznać, by jeszcze bardziej mną nie zatrząsło) szukała czegoś, o co mogłabym się zahaczyć, do czego wrócić, co podtrzymałoby moje połączenie ze światem żywych i pomogło przetrwać bardzo trudny czas oczekiwania na wspólne przyjrzenie się otwartym ranom, zrozumienie procesu ich powstawania, wreszcie zszycie przy użyciu profesjonalnych narzędzi. Żeby szwy już nigdy nie puściły.

Kiedy żadne słowo ani mocny uścisk na pożegnanie nie przyniosły ukojenia, Jola sięgnęła do swojej szafki. Nie wiem, czy znała mnie tak dobrze, czy po prostu nie miała nic innego pod ręką i zadecydował przypadek. W każdym razie owa łyżeczka, którą wtedy włożyła w moją dłoń, a ja – ściskając ją mocno – pędziłam chwilę później schodami w dół, stała się najcenniejszą rzeczą, jaką mam. Przywołującą w pamięci obraz Joli zawsze, kiedy akurat jej kolej na mieszanie porannej kawy. Tak bardzo potrzebny w momentach, gdy przychodzi kryzys, a Joli nie ma obok.

Jestem w terapii z Jolą czternasty rok. Jestem, bo chociaż od 2020 już się nie spotykamy, „rozmawiam” z nią codziennie i czuję jej obecność. Nigdy nie naprawiła za mnie niczego. Wyposażyła jedynie w narzędzia, których mogę używać do tego sama. Spędzała ze mną zaledwie godzinę tygodniowo. Ale dawała przez te sześćdziesiąt minut tyle uważności i troski, ile nie dał mi wcześniej nikt inny. Oczekiwała szacunku, zaangażowania, przychodzenia bez wykrętów na każdą sesję. A ja uczyłam się dzięki temu, że relacja między dwojgiem ludzi też wymaga wysiłku, a bliskość wymaga obecności. Czasem popełniała błędy. Rozumiała, że ja też czasem błądzę. Nie biegła za mną, żeby ratować z każdej opresji. Dała mi natomiast łyżeczkę, która miała symbolizować jej obecność zawsze, kiedy będę tego potrzebować. Bo terapię je się z miłością.




Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.

Komentarze

  1. Tak bardzo widzę siebie w Twojej terapii. Też pragnęłam takiej łyżeczki, wspaniała rzecz!
    To prawda, że terapię je się z miłością, zwłaszcza jak się trafi na dobrą.
    Bardzo bliski mi post.
    Też tęsknię za moją K. i żałuję, że nie mam takiej łyżeczki.
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę sobie wyobrazić, że właśnie taką łyżeczkę dostają dzieci od swoich rodziców w zdrowych rodzinach. Że każde dziecko z rodziny dysfunkcyjnej również na taką łyżeczkę zasługuje. I że Ty też jesteś warta takiej łyżeczki.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I