Lep na muchy

Musiał mieć obrączkę na palcu. Kilka wyroków na koncie albo sądowy zakaz zbliżania się do najbliższych. Albo przynajmniej nie potrafić utrzymać roboty dłużej niż dwa miesiące. Wpadać w doły częściej niż ja. Bo inaczej istniało poważne zagrożenie, że będzie nudno. Zwyczajnie. Bez dramatów. Że stworzę trwały, zdrowy, oparty na szacunku i mocnych fundamentach związek. A przecież nie tego mnie od szczyla uczono.
Tata lubił mamy moich koleżanek. Nie miał wobec nich żadnych zobowiązań, one wobec niego również, nosiły bowiem na serdecznych dowody miłości do innych mężczyzn. Było bezpiecznie. Ojciec, kiedy chciał, wracał na łono rodziny, a matka zawsze go przyjmowała. Nienawidziła, gardziła nim i na każdym kroku dawała mu to odczuć, ale bez niego żyć nie umiała.
Powodów do pogardy tata dawał oczywiście więcej, bo średnio radził sobie z zarabianiem pieniędzy. Nie radził sobie właściwie w ogóle, mało tego, często pakował nasze stado w poważne problemy finansowe. Mama z kolei miała rodzinę przy kasie, więc i ojca w garści. Tak, tak, kochani, przemoc ekonomiczna może działać też w odwrotną do często podnoszonej w mediach strony. Czasem tata nie wytrzymywał, siłą próbował zamykać szydzące z niego na każdym kroku usta. Matka, kiedy już nawkurwiała się i naznęcała, zasypiała w fotelu. Momentalnie, gdy tylko jej głowa opadała na oparcie. I ojciec już miał spokój. Mógł godzinami leżeć na kanapie przed telewizorem. Pół nocy mógł tak przeleżeć. A ja z moim bratem mogliśmy robić, co nam się żywnie podoba. Przecież mama spała, tata jakby nie istniał.
Nie musiałam długo szukać zaobrączkowanych, sami się znajdywali. Przyciągałam ich jak magnes. Impulsywna, niestroniąca od używek i przekraczania granic. Zero materiału na żonę, dzieci, ciepłe kapcie. Byłam gwarancją przelotności, niezobowiązującej przygody. Dla agresorów też nie istniał lepszy wybór. Pyskata, chorobliwie zazdrosna, niestabilna emocjonalnie. Tylko napierdalać i patrzeć, jak puchnie. Odbijałam sobie potem na neurotykach, gościach niezaradnych życiowo. Pod przykrywką troski, uzależniałam ich od siebie finansowo i emocjonalnie, żeby manipulować, pastwić się, zasypiać momentalnie, gdy tylko moja głowa opadnie na poduszkę.
Czy wiedziałam, co robię? Czy miałam świadomość, jaką krzywdę wyrządzam sobie i innym? Najmniejszej. Nadopiekuńcza matka nie chce dla swojego dziecka źle. Jest przekonana, że – kontrolując nieustannie i wyręczając we wszystkim – ochroni je przed zagrożeniami, które czają się na każdym kroku. Nie wie nic o wyuczonej bezradności, niebezpieczeństwie, które grozi dzieciakowi realnie przy takim modelu przywiązania.
Despotyczny ojciec nie ma na celu wywołania traumy u potomstwa ani wypuszczenia w świat bestii zmiatających ze swojej drogi każdego, kto krzywo się na nie spojrzy. Działa w najlepszej wierze, „hartując” małoletnich na wszelkie przeciwności losu. Robi to z miłości. Takiej, jakiej kiedyś nauczono jego.
Nadal przyciągam żonatych. Bandziorów i neurotyków. Wciąż próbują się do mnie przyklejać, ale ja już znam swój mechanizm. I mogę wybierać między nimi a zdrową miłością.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
Komentarze
Prześlij komentarz