Zabawy na sianie, część II
„Wszyscy mieli Cię tutaj za dziwkę…” – wybełkotała ciotka pijaczka po kilku głębszych, kiedy dekadę później odwiedziłam jej letnią rezydencję na mazurskiej wsi. Miejscu, w którym wydarzył się największy, rzutujący na całe moje późniejsze życie seksualne i na relacje w ogóle dramat.
Nie naplułam ciotce pijaczce w twarz, nie rzuciłam się do gardła. Nie wydusiłam z siebie nawet słowa, bo na sytuacje trudne, stresujące mój organizm od dawna reagował już w jeden jedyny sposób. Zastygnięciem.
W tamtym czasie byłam też w terapii, gdzie ciotka pijaczka i wpływ jej uzależnienia na mnie zostały trochę przerobione. Wiedziałam zatem doskonale, że to nie ona do mnie mówi, tylko jej choroba. „Nie gadaj z nałogiem” – powtarza moja obecna terapeutka, kiedy stracę na chwilę czujność i dam się wciągnąć w toksyczną relację z osobą uzależnioną. Relację niekoniecznie seksualną, ale nie mającą najmniejszej szansy na zdrowy rozwój, na stworzenie więzi, na bliskość, dopóki po drugiej stronie stołu siedzi nałóg, a nie człowiek.
Sama bywam nałogiem i lepiej, żeby wtedy ze mną nie gadać. Bo wtedy będę dziwką oddającą swoje ciało, wierząc, że tylko to mam do zaoferowania, ale – ze strachu przed zranieniem – nie zbliżę się do nikogo emocjonalnie. Będę traktować innych i siebie przedmiotowo, narażając na fizyczne i psychiczne cierpienie. I będę nazywać to wolnością, gdy tymczasem jest to jedynie brakiem odpowiedzialności. Brakiem miłości.
Ale nie mówcie mi, że ta historia jest straszna. Scenariusz jakich wiele. Tylko Wy zobaczyliście go tutaj od tyłu. Gdybyście wtedy, przeszło dwadzieścia lat temu, zobaczyli brudną, pijaną szesnastolatkę ze spermą we włosach, wracającą nad ranem przez wieś, też nazwalibyście ją dziwką.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
Komentarze
Prześlij komentarz