Frajer

Byłeś nim, kiedy czytałeś ambitne książki. Kiedy interesowałeś się sztuką i kiedy bliski był Ci los słabszych. Gdy rower stanowił oczywistość w drodze do pracy, bo przecież środowisko, a frajdę sprawiały Ci nie tylko talary, ale też ruchy pro bono. Byłeś nim, oszczędzając życie pająkom, świętując ważne momenty w życiu bez robienia butelki. Ogólnie rzecz biorąc, w mojej rodzinie byłeś frajerem zawsze, kiedy pozwalałeś własnej wrażliwości wypełzać na światło dzienne. Właśnie dlatego, jako skończony nadwrażliwiec, dwunastej wiosny spaliłam wszystkie pamiętniki i przysięgłam sobie, że już nigdy frajerem nie będę.

Klęłam, piłam, paliłam, biłam, ćpałam i kradłam. Książki miały ode mnie wolne, liczył się tylko pieniądz, fajna fura, władza, dominacja. Morza tłumionego w stosunku do najbliższych gniewu ułatwiały sprawę. Mogłam do woli upokarzać słabszych i byłam w tym cholernie skuteczna. I chociaż „brzydkie” postępowanie, jeśli zostawałam na nim przyłapana, spotykało się oczywiście z matczynym czy innym potępieniem, to jeszcze nigdy tak, jak w tamtym czasie, nie czułam się częścią swojego stada.

W 2018 roku, po siedmiu latach na kozetce, poczułam, że trochę jestem gotowa. Wtedy zaczęłyśmy z moją terapeutką bardzo powoli zdrapywać kolejne warstwy „chuja” we mnie w poszukiwaniu znienawidzonego, sponiewieranego, zamkniętego w najciemniejszej z piwnic „frajera”. Im bliżej było nam do mojego frajera, tym bardziej trzęsłam się, z trudem powstrzymując nogi przed ucieczką. Gdy została ostatnia warstwa, ostatnie drzwi do otwarcia, poczułam, że nie dam rady, że zaraz się porzygam. Ale moja terapeutka zapytała, czy jest coś, co mogłoby w tej chwili pomóc tej małej, przerażonej, stojącej przed drzwiami w ciemnej piwnicy dziewczynce. Zanosząc się szlochem, wyciągnęłam w kierunku kobiety spoconą, rozdygotaną dłoń, ona złapała ją mocno, dodając otuchy uśmiechem, i weszłyśmy tam razem.

„Muszę przyznać, że mi bardzo często zdarza się być frajerem” – rzuciła terapeutka, kiedy było już po wszystkim, a ja wcale nie umarłam w tej strasznej piwnicy. – „Mało tego, nawet lubię nim być”. – Rozryczałam się znowu, tym razem z wdzięczności, że ją mam. Wtedy w jej oczach też pojawiły się łzy. Nie robiłyśmy tego często, ale tamtego dnia stałyśmy i ściskałyśmy się długo na pożegnanie, aż wreszcie moje „ale z nas frajerki…” zamknęło sesję.

Teraz, kiedy spotykam bluzgające nastolatki, słucham nawołujących do przemocy polityków czy oglądam film
, na którym kibole rzucają w ludzi racami, już nie szydzę, nie gardzę, nie ubliżam, tylko zastanawiam się, pod iloma warstwami schowany jest ich frajer. Taki frajer ze mnie.



Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I