Ile waży objaw

„Gdybyś spróbowała mnie powstrzymać, kiedy przeprowadzam atak na lodówkę, musiałabym Cię zabić” – zapewniłam moją terapeutkę, wizualizując sobie sytuację, w której staje mi na drodze. „Wiem…” – odpowiedziała, ale ja zdążyłam już się wkurwić. 

W panice powtarzałam tylko: „Nie oddam Ci tego! Nie oddam!”, jak gdyby zwykła rozmowa o funkcji jednego z objawów choroby oraz ogromnej tego objawu dla mnie wagi była niemal zamachem na życie. „Wiem…” – powtórzyła spokojnie Jola i zanim zdążyłam ponownie zafiksować się na obronie ataku bulimicznego, rzeczy, bez której nie wyobrażałam sobie wyjść z gabinetu, dodała: „I nie zabiorę Ci tego. Bo nie mam czego dać w zamian”.

Obie wiedziałyśmy, że to nie jest przyzwolenie na rzyganie. Ani z jej strony, ani z mojej. Ale zdawałyśmy sobie sprawę z mojej nieumiejętności radzenia sobie w inny sposób, kiedy się przegrzewam. Kiedy ze złości pęka mi żyłka i nie potrafię inaczej rozładować gniewu. Gdy praca daje w kość za mocno, gdy na dwie, czasem trzy zmiany, gdy przemęczenie i brak snu. 

Miałyśmy też świadomość, że w momentach krytycznych, w nawrotach głębokiej depresji przy jednoczesnym braku wsparcia osoby bliskiej, w chwilach najgłębszej rozpaczy, wyrywania włosów z głowy i wydrapywania głębokich ran w ciele, atak na lodówkę zawracał mnie na chwilę z drogi, z której za kilka kroków mogło nie być odwrotu.

Właśnie dlatego mój objaw swoje waży. Dlatego ma tak ogromną wagę dla mnie, bo wielokrotnie ratował mi życie. Chociaż, paradoksalnie, sam w sobie, wprawiany na okrągło w ruch przez osobę dotkniętą bulimią, jest niczym innym jak samobójstwem na raty.


Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I