Baba za kierownicą
Wielokrotnie opowiadałam przebieg tego zdarzenia jako
zabawną anegdotę. Jako zabawną anegdotę przyjmowali ją moi odbiorcy, ponieważ
wychowywałam się i obracałam wśród ludzi, którzy myśleli podobnie. Podobnie
zamykali licznik, gdy tylko nadarzała się ku temu sposobność.
Zamykanie liczników, przekraczanie dozwolonej prędkości
dla samej zasady, cwaniakowanie, zajeżdżanie drogi, wymuszanie pierwszeństwa,
bluzganie na innych uczestników ruchu drogowego, wyprzedzanie na trzeciego,
uprzykrzanie życia pieszym i rowerzystom, olewanie pasów bezpieczeństwa,
nawijanie przez telefon. To wszystko robiłam, bo to w moim stadzie było uważane
za fajne. Bo tak bardzo nie troszczyłam się o siebie, że nie czułam zagrożenia.
Bo tak dobrze było wyładować na obcych cały ten nagromadzony gniew na swoich.
Dzisiaj staram się jeździć zgodnie z przepisami, nie
ulegać impulsowi, by depnąć na gaz. Zapinać pasy, nie gadać przez telefon. Nie
wyżywać się na innych kierowcach, nie dokuczać ludziom zasuwającym po drogach
bez auta. Ale to nie jest łatwe. To codzienna, bardzo ciężka praca, która
zaczęła się lata temu, kiedy w terapii wzięłam na klatę odpowiedzialność
społeczną. Żadnego cudu, żadnych olśnień, nawet pojęcie troski było mi wtedy
jeszcze zupełnie obce. Rozpoczął się po prostu ostry trening. Odejście od
racjonalizowania chujowych zachowań na drodze na rzecz przyjęcia faktu, że
spoko, mogę narażać w taki czy inny sposób siebie, skoro mi na sobie średnio
zależy, ale nie mam prawa stwarzać zagrożenia dla innych. Koniec, kropka.
Latami grzecznie pracowałam nad odpowiedzialnością, myśląc, że tak to już zawsze będzie wyglądać. Że klapki odpowiedzialne u mnie za empatię w tym obszarze nigdy się nie otworzą, że zostanie to na poziomie behawioralnie wypracowanego zdrowego nawyku. Aż pewnego dnia stanęłam przed przejazdem kolejowym. Popatrzyłam na tory, na dyżurkę, na otwarty szlaban. I pierwszy raz w życiu poczułam strach, iż zamknie się, zanim zdążę przejechać.

Komentarze
Prześlij komentarz