Baba za kierownicą



„Wujek, sto sześćdziesiąt!” – wykrzyknęłam, wpadając zdyszana do domku letniskowego na Mazurach. Zdyszana, bo biegłam od furtki, jakby mnie kto gonił, tylko po to, żeby pochwalić się stadu swoim wyczynem. Wuj, maniak zawrotnych prędkości, dający regularnie w łapę drogówce, spojrzał na mnie surowo, zaciągnął się papierosem i zapytał: „A ile masz na zegarku?”. „Sto siedemdziesiąt” – odparłam zgodnie z prawdą. Wuj raz jeszcze spojrzał surowo, raz jeszcze wypuścił kłąb dymu, po czym najspokojniej w świecie rzekł: „To zamknij licznik”.

Wielokrotnie opowiadałam przebieg tego zdarzenia jako zabawną anegdotę. Jako zabawną anegdotę przyjmowali ją moi odbiorcy, ponieważ wychowywałam się i obracałam wśród ludzi, którzy myśleli podobnie. Podobnie zamykali licznik, gdy tylko nadarzała się ku temu sposobność.

Zamykanie liczników, przekraczanie dozwolonej prędkości dla samej zasady, cwaniakowanie, zajeżdżanie drogi, wymuszanie pierwszeństwa, bluzganie na innych uczestników ruchu drogowego, wyprzedzanie na trzeciego, uprzykrzanie życia pieszym i rowerzystom, olewanie pasów bezpieczeństwa, nawijanie przez telefon. To wszystko robiłam, bo to w moim stadzie było uważane za fajne. Bo tak bardzo nie troszczyłam się o siebie, że nie czułam zagrożenia. Bo tak dobrze było wyładować na obcych cały ten nagromadzony gniew na swoich.

Dzisiaj staram się jeździć zgodnie z przepisami, nie ulegać impulsowi, by depnąć na gaz. Zapinać pasy, nie gadać przez telefon. Nie wyżywać się na innych kierowcach, nie dokuczać ludziom zasuwającym po drogach bez auta. Ale to nie jest łatwe. To codzienna, bardzo ciężka praca, która zaczęła się lata temu, kiedy w terapii wzięłam na klatę odpowiedzialność społeczną. Żadnego cudu, żadnych olśnień, nawet pojęcie troski było mi wtedy jeszcze zupełnie obce. Rozpoczął się po prostu ostry trening. Odejście od racjonalizowania chujowych zachowań na drodze na rzecz przyjęcia faktu, że spoko, mogę narażać w taki czy inny sposób siebie, skoro mi na sobie średnio zależy, ale nie mam prawa stwarzać zagrożenia dla innych. Koniec, kropka.

Latami grzecznie pracowałam nad odpowiedzialnością, myśląc, że tak to już zawsze będzie wyglądać. Że klapki odpowiedzialne u mnie za empatię w tym obszarze nigdy się nie otworzą, że zostanie to na poziomie behawioralnie wypracowanego zdrowego nawyku. Aż pewnego dnia stanęłam przed przejazdem kolejowym. Popatrzyłam na tory, na dyżurkę, na otwarty szlaban. I pierwszy raz w życiu poczułam strach, iż zamknie się, zanim zdążę przejechać.



Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I