Border w covidzie
Zabawny post?
Niekoniecznie, a diabeł tkwi w tytule cyklu. Bowiem border tkwi w covidzie
zupełnie inaczej niż tkwi w nim nieborder. A jak powszechnie wiadomo, każdy z
nas jest inny, więc i dwóch takich samych borderów nie ma. Weźmy więc tego,
którego mam pod ręką, czyli mnie.
Dawno, dawno temu,
za górami, za lasami, żyła sobie ciotka pijaczka. Znerwicowana, w traumach,
kawał cholery. Zarówno ona, jak i jej despotyczny małżonek, mieli duży wpływ na
moje życie, instalując we mnie między innymi przymus robienia. Kompulsywność.
Nerwowość. Poczucie, że jedynie wtedy człowiek jest coś wart, kiedy zapierdala.
A ile by nie zrobił, zawsze jest niewystarczająco, zawsze zostaje z niczym. I
tak mi zostało.
Jasne, pracuję nad
tym w terapii od lat, ale czasem automatyzm bierze górę. Moje dwa tygodnie w
covidzie zaraz po wybuchu pandemii stanowił dla niego raj na ziemi. Kiedy było
tak źle, że mogłam tylko leżeć i kwiczeć, on kazał mi kończyć pisanie książki,
czytać, produkować posty na fanpejdże, porządkować foldery ze zdjęciami,
generalnie robić wszystko, co można w poziomie. Natomiast gdy czułam się trochę
lepiej i odzyskiwałam pion, dopiero zacierał łapki. Wchodziły wiosenne
porządki, sortowanie ciuchów oraz, rzecz jasna, przesuwanie dwumetrowego
regału. W końcu tyle zaległości przez to całe leżenie!
Covid szybko jednak
sprowadzał mnie na ziemię, zginał wpół i potem znowu mogłam tylko leżeć i
kwiczeć. Tylko pisać książkę. Tylko ogarniać social media.
Tak że nie, to nie
jest zabawny post. To jest post o tym, że osoba kompulsywna, o niskim poczuciu
własnej wartości, mająca dojmującą świadomość utraconego i wciąż przelatującego
jej koło nosa czasu, czuje się jak kupa, gdy nic nie robi. I o tym, że kiedy
robi, często przegina, maltretując swój organizm, co może zagrażać jej zdrowiu,
a w skrajnych przypadkach życiu.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
A tu zbieram na zachcianki:
BLIK 534 049 522
MBANK 88 1140 2004 0000 3002 7742 3241
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz