Cisza po burzy
Sama byłam sobie winna. Odkąd pamiętam. Nie musiałam przecież budzić się akurat wtedy, kiedy pijani rodzice uprawiali seks. Często z brutalnymi wstawkami. Nikt nie kazał mi też odpyskiwać rzucającemu wyzwiska bratu tak, że pękała mu żyłka i zaczynał mnie prać. Mogłam również spodziewać się, mając lat szesnaście, wyjątkowo mocnego drinka na grillu u synów przyjaciół rodziny, towarzyszy letnich zabaw od czasów szczenięcych, i pobudki z penisem jednego z nich we własnej pochwie. A wystarczyło tylko nie widzieć, nie odzywać się, nie czuć. Sama byłam sobie winna.
Żeby poczucie winy nie bolało tak bardzo i żeby za wszelką cenę nie odstawać od reszty stada, zaczęłam wchłaniać. To nie były zasady wypisane w punktach na lodówce. Jedynie strzępy podsłuchanych rozmów, spojrzenia mówiące więcej niż słowa, rzeczy, które należało przemilczeć. O tym, że biorę reguły gry za swoje i za jedyne w świecie ludzkim obowiązujące, nie miałam nawet pojęcia. Nie istniała też szansa na sygnał ostrzegawczy z zewnątrz. Za zbyt przyzwoitą rodzinę uchodziliśmy.
Nie zliczę, ile razy w życiu byłam nadużyta przez kogoś w podobny sposób, jakiego dopuszczali się w dzieciństwie i nastolęctwie moi najbliżsi. Ile razy pozwalałam na nadużycie, bo nasiąkłam przekonaniem, że tylko w ten sposób ludzie pokazują, jak bardzo im na sobie zależy. Że musi być przemoc, inaczej się nie liczy. Czynna, bierna, fizyczna, psychiczna, jakakolwiek. Że tam, gdzie jest cicho i spokojnie, na pewno nie ma miłości. Nie zliczę, ile razy wprowadzałam te zasady z czyn, bo większości nie pamiętam. Być może właśnie dlatego tak często piłam i ćpałam do nieprzytomności. Żeby potem nie pamiętać.
I nie, nie mogłam „zacząć myśleć” albo „zmądrzeć”, bo żadne działanie nie było poddawane refleksji. Dlaczego miałoby, skoro od swoich bliskich, najważniejszych ludzi w życiu, dostawałam przyzwolenie? Nie zapisane na lodówce. Jedynie w strzępach podsłuchanych rozmów, spojrzeniach mówiących więcej niż słowa, rzeczach, które należało przemilczeć.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.

To, o czym tu piszesz, jest mi w dużym stopniu bliskie, w sensie ogólnym, bo tyle zła, co Ty, nie doświadczyłem. Jedyne, co mnie cieszy w Twoim wpisie, to świadoma narracja, pokazująca, że rozumiesz mechanizmy i rozumiesz siebie, a to naprawdę dużo.
OdpowiedzUsuńDużą rzeczą jest też to, co dzieje się w Tobie. Pozwalasz temu, co piszę, siebie poruszać, pozwalasz sobie na współodczuwanie ze mną. A wcale nie musiało tak być. Sam wiesz, jak chętnie stawiamy opór w konfrontacji z rzeczami, w których odnajdujemy coś swojego. Przeszedłeś bardzo długą drogę.
UsuńTo zasługa terapii, którą zacząłem w początkach kwietnia. Ale też to, jak piszesz, nie pozwala się na te treści emocjonalnie i rozumowo zamknąć. Ściskam.
Usuń