Jestem Bogiem
A przynajmniej wiele razy się pod niego podszywałam. Mało tego, byłam przekonana, że posiadam wyjątkową moc uzdrawiania siebie i wszystkich wokół. Że metody, które stosuję, gdy pojawia się jakikolwiek kryzys, są zdrowe, bezpieczne, najlepsze z możliwych i do zastosowania absolutnie przez każdego. Brzmi znajomo?
Lubimy dawać rady. Lubimy ratować, wchodzić w skórę cudotwórcy mającego gotową receptę na szczęśliwe życie, niezależnie od tego, czy spotykamy na swojej drodze stabilnie trzymającą się na nogach jednostkę, czy osobę w głębokiej, zagrażającej życiu depresji. Stąd pełno poradników, blogów, forów, trenerów, coachów, diet, technik, filmów i bezrefleksyjnego medialnego szumu wokół co bardziej popularnego towaru. Towaru, który w najlepszym wypadku trafi na dno szuflady, sklasyfikowany jako bezużyteczny. W najgorszym doprowadzi do tragedii.
Odkąd pamiętam, byłam za duża. Dojrzewałam szybciej od rówieśniczek, więc szybko cycki, szybko biodra, szybko „kawał baby”, jak to często zdarzało mi się słyszeć. Kiedy szkolna waga w czwartej klasie podstawówki stwierdziła, że jestem o prawie dziesięć kilo cięższa od czekających w kolejce na ważenie koleżanek, umarłam.
Gdy funkcje życiowe wróciły, postanowiłam coś z tym zrobić. W ciągu tych kilkunastu sekund urosła mi bowiem wielka gula w gardle. Gula wstydu, gula gniewu, gula rozpaczy. I chociaż od tamtej pory na wszystkie możliwe sposoby próbuję ją przełknąć, nadal nie mogę. Jest mniejsza, regularnie podmywana przez terapeutyczne wody, ale wciąż jest. A wystarczyło wtedy, gdy się pojawiła, obejrzeć ją, pogadać o niej, zastanowić, skąd się wzięła, może pokazać specjaliście. Jednak w moim rodzinnym domu gule w gardłach nie były przedmiotem zainteresowania. Właśnie dlatego stałam się Bogiem.
Pierwsza cudowna technika, jaką sobie wymyśliłam, polegała na nic nie jedzeniu. Proste, o wiele prostsze od dawkowania pokarmu, gdy permanentny brak uczucia sytości, a żarcie takie dobre. I wszystko byłoby świetnie, gdybym po kilku miesiącach nie straciła miesiączki, po kilku kolejnych nie trafiła z matką do poradni endokrynologicznej. Bo tam panie rejestratorki podniosły krzyk. Że anoreksja, że wieszak na ubrania, że „czy Pani nie widzi, że Pani dziecko umiera?!”. Jeszcze chwila i matka gotowa była zacząć ingerować w moje uzdrawiające ciało metody, więc szybko odciągnęłam ją na bok i przekonałam o zbyt małej objętości mózgów wrzeszczących za szybą kobiet, aby mogły stawiać diagnozy. Na moje szczęście lekarz w gabinecie – poza długim miętoszeniem gruczołów w moich cyckach, opowieściami o tym, jakie to wspaniałe rozmiary miseczek dzięki nim osiągnę, oraz wypisaniem recepty na Luteinę – niespecjalnie mi się przyglądał. Panie rejestratorki żegnały nas jeszcze głośnym: „Do psychologa z nią! Do psychologa!”, ale moja mama, utwierdzona już w przekonaniu, że są kretynkami, spokojnie wróciła ze mną do domu. Nigdy więcej nie wspominając słowem o tym, co się wydarzyło.
Bez słowa robiła zastrzyki z gęstej zawiesiny, bez słowa masowała moje obolałe dupsko. U mnie z kolei pojawił się strach przed tym całym umieraniem i maleńka iskierka nadziei na przebudzenie matki, skoro jest tak grubo, więc raz tylko zapytałam nieśmiało::
„A co z tym psychologiem…?”, na co usłyszałam, jak zawsze, gdy rzecz wymagała
działania: „No trzeba pójść, trzeba pójść…”, i już wiedziałam, że nigdzie nie pójdziemy.
Właśnie dlatego znowu stałam się Bogiem. Kiedy ze strachu przed śmiercią, zaczęłam jeść, wrócił „kawał baby”. Musiałam zatem wprowadzić kolejną cudowną technikę – prowokowanie wymiotów i wysiłek fizyczny. Ale nie działało. Więc rzygałam częściej, wyciskałam coraz więcej potów. Setki, tysiące, dziesiątki tysięcy brzuszków, każda czynność przeliczana na spalaną energię, wprawianie ciała w ruch tylko i wyłącznie po to. Potworny głód, bo żołądek niemiłosiernie rozciągnięty, a jedyny znany mi sposób uniknięcia ataku na lodówkę, to nic niejedzenie. Obsesyjne myśli: co zjem, kiedy zjem, jak zjem, gdzie zjem, może już zjem, teraz jeszcze nie zjem, za godzinę zjem, jak matka wyjdzie zjem, jutro zjem, po szkole zjem, nie pójdę do szkoły i zjem…
Po dwóch latach codziennego prowokowania wymiotów, zawaleniu szkoły średniej, izolacji od ludzi, znienawidzeniu widoku swojej spuchniętej, zarzyganej twarzy w lustrze, obniżonego nastroju, myśli samobójczych i kompletnego braku kontroli nad czymkolwiek, poprosiłam kuzynkę, żeby pomogła mi powiedzieć matce, bo „już tak dłużej nie chcę, ale mnie samej nie uwierzy”. Niestety, okazało się, że nie daje wiary również innym.
Nie było rady, musiałam znowu stać się Bogiem. Nowa cud-technika polegała na głodówce od rana, jednym ogromnym posiłku po południu i powstrzymaniu się od prowokowania wymiotów, do tego szybki chód, schody zamiast windy, nogi zamiast dwóch przystanków. Po pięciu latach takiego reżimu postanowiłam rozłożyć jedzenie na pięć mniejszych porcji. Niby się udało, niby jadłam zdrowo, regularnie, nie rzygałam już dziewiąty rok. Jak za dużo podjadłam między posiłkami, biegłam na basen albo na rower i się wyrównywało. A przede wszystkim nie wyobrażałam sobie powrotu do muszli klozetowej. Czułam się tak zdrowa, wszechmocna, wszystko kontrolująca, daleka od tej zarzyganej nastolatki, że nie pamiętałam, nie potrafiłam nawet zrozumieć, co mną kierowało, kiedy tak się pogrążałam. Byłam ponad to, drwiłam i pogardzałam swoją słabością sprzed lat. Aż przyszła lekcja pokory…
Trochę rozwaliło mi się w życiu zawodowym, przyszedł PCOS z zespołem metabolicznym. A mieszkałam wtedy pod jednym dachem z ciotką, która robiła świetne pierogi. Zaczęło się od skubania, podjadania. Od zobaczenia w lustrze „kawała baby”. Od niegroźnej diety, kilogram, maks dwa. Od rowerka treningowego. I lawina ruszyła.
Objawy wróciły ze zdwojoną siłą. Coś, co wydawało się niemożliwe, wypełniło moje życie po brzegi, bardziej niż kiedykolwiek, chociaż myślałam, że bardziej już się nie da. Kontrola nad chorobą, z której byłam taka dumna, przekonanie o cudownym ozdrowieniu sprzed lat, bez pomocy głupich łapiduchów, okazały się iluzją. Ja nie okazałam się Bogiem.
Nigdy nie przestałam chorować. Zamieniałam tylko jeden objaw na inny, bardziej akceptowalny społecznie, zamaskowany, ale też usypiający czujność. Bo łatwiej być uzależnionym od innego człowieka niż od jedzenia. Łatwiej od fejsbuka niż od alkoholu. Łatwiej od gierki w czterech ścianach niż od ruletki w kasynie. Ale mechanizm jest ten sam.
Osoba uzależniona nigdy nie ogarnie nałogu, jeśli nie zajmie się gulą w gardle. Gulą wstydu, gulą gniewu, gulą rozpaczy, gulą czegokolwiek, przez co na kilkanaście sekund umiera. Nigdy nie ogarnie nałogu, jeśli będzie wpatrzona w kobietę, która pisze poradniki o tym, że psychoterapeuci i leki to gówno, że wystarczy – jak w jej przypadku – pozytywne myślenie, kilka cudownych technik. Która mówi, że jest Bogiem.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
Komentarze
Prześlij komentarz