Złodziejski pomiot
Cwaniaka mam we krwi. Moja rodzina, bliższa i dalsza, zawsze balansowała na granicy prawa i było to dla nas tak naturalne, jak zupa mleczna na śniadanie w peerelowskim przedszkolu. Ustroje się zmieniały, ale my wszędzie znajdywaliśmy przestrzeń do nadużyć. Kochaliśmy łatwe pieniądze.
Jednym szło sprawniej, jakby byli do tego stworzeni, nikomu nie działa się krzywda, a występek przeciwko systemowi to w pewnych kręgach wręcz dobry uczynek. Jednak inni nie mieli ręki do lewych interesów. Desperacja zmuszała ich nieraz do przekroczenia owej granicy, co kończyło się niewesołymi konsekwencjami dla nich samych i dla ich najbliższych.
Kobiety, jeśli akurat nie były stworzone do niejasnych działań zarobkowych, siedziały w domu, niańczyły dzieci, wybaczały wszystko, kryły niegrzecznych chłopców przed wymiarem sprawiedliwości. I, co najistotniejsze, nieświadomie oraz niewerbalnie zasiewały złodziejskie ziarno we własnym potomstwie.
Kiedy dobijałam do osiemnastki, a mój dom rodzinny z różnych względów się rozpadł, umiałam już podkradać własnej babci pieniądze z kantorowej kasetki, kłamać jak z nut, bez najmniejszego oporu łamać wszelkie zasady moralne. Równocześnie nikomu nie zależało, żebym doskonaliła inne talenty, więc znajdując się w nowym miejscu i rzeczywistości, automatycznie skierowałam swoje kroki do jedynego środowiska, w jakim czułam się bezpiecznie. Do złodziei. To było dla mnie tak naturalne, jak zupa mleczna na śniadanie w peerelowskim przedszkolu.
Siedem lat później miałam za sobą związek z przemocowym, uzależnionym od alkoholu, nadużywającym narkotyków, sypiającym z innymi kobietami recydywistą. Miałam za sobą setki wizyt w prokuraturach, sądach, więzieniach w najróżniejszych punktach na mapie Polski. Długie noce spędzone na przeczesywaniu wolskich melin w poszukiwaniu ukochanego, domowe detoksy, kolejne zaszywki. Miałam za sobą gruźlicę, aborcję, ze sobą tylko paczkę papierosów, nerwicę i trzęsące dłonie, jednak pewnego dnia stamtąd uciekłam. Bandzior niełatwo godzi się z odejściem swojej kobiety, więc musiałam uciekać długo, być przygotowaną, że człowiek gotowy na wszystko może w każdej chwili wyrosnąć przede mną spod ziemi.
Chociaż trwało to chwilę, dzisiaj ta przeszłość – nie licząc nocnych koszmarów – w żaden sposób już do mnie nie wraca. Czego nie mogę powiedzieć o domu rodzinnym, który przypomina o sobie za każdym razem, kiedy sześciu funkcjonariuszy z sześcioma klamkami wpada o szóstej rano, żeby znaleźć mojego brata w mojej szufladzie na bieliznę.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
Dużo przeżyłaś. Choć jestem młodsza, pewnie o połowę, przeskakuję różnice wiekową jednym niezgrabnym system i tulę. To musiało być straszne, przeżyć to wszystko. Jesteś silna, bo umiesz mówić o tym, co Cię spotkało, umiesz zyć. Samo zmaganie się z życiem czasem wymaga odwagi - a wiem to nawet ja, która ma za sobą ledwie epizod depresyjny i nieśmiałe próby autodestrukcji, które w tej czy innej formie wciąż trwają.
OdpowiedzUsuńTrzymaj się.
Trzymam, właśnie dzięki wsparciu. Twojemu i kilku innych osób. Mam wielkie szczęście, że jesteście obok. Dziękuję.
UsuńNie umniejszaj, proszę, swojego cierpienia. Zawsze znajdzie się ktoś, kto przeżył, z naszego punktu widzenia, więcej i mocniej. Ale porównywanie własnego dramatu z cudzym często wywołuje w nas poczucie winy, że użalamy się nad sobą, kiedy inni mają gorzej. A to nieprawda. Cierpienie prowadzące do autodestrukcji jest największym z cierpień. Pracuję z dziećmi, z zaburzeniami rozwoju i bez. Każde jest inne, ale jedno je łączy. Kiedy dziecku popsuje się ukochana zabawka, zburzy wieża z klocków budowana w skupieniu przez godzinę, mama nie zdąży z pracy na teatrzyk przedszkolny, w którym recytowało wierszyk, to takiemu dzieciakowi burzy się cały świat. Jego świat, jedyny i niepodważalny, składający się właśnie z ukochanej zabawki, wieży z klocków, uważnej obecności mamy. Jego cierpienie (chociaż dla nas trudne do zrozumienia, bo przecież gdzieś tam "większe" cierpienia - wojny, pandemie, zaległe rachunki) jest największe, jedyne i niepodważalne, a dorosły ma obowiązek tym cierpieniem się zaopiekować, dopóki dziecko nie nauczy się tego samo. Tak samo my, zaburzeni, mamy obowiązek zaopiekować się zaniedbanym emocjonalnie dzieckiem w sobie, uznać je takie, jakim jest, nie umniejszać jego cierpienia. Czasem nam nie wyjdzie, nie ma rodziców doskonałych. Ale mamy obowiązek próbować.