Mój cynik
Ona się popłakała, a ja nie rozumiałam dlaczego. Przecież to były żarty. Przecież powinna znać się na żartach. Na moich żartach. Powinna wybuchać śmiechem zawsze, kiedy żartuję. Powinna. A ona się popłakała.
Chodziłyśmy z Kasią do tej samej klasy w jednym z warszawskich ekonomików, ale dzieliło nas wszystko. Ona nieśmiała, delikatna, kobieca, z emocjami na wierzchu, ja – chłopczyca, chowająca własną wrażliwość za wulgaryzmami i rubasznym dowcipem. Nie toczyłyśmy żadnej wojny, lubiłyśmy się nawet, jedynie moje żarty zawsze Kasię zawstydzały. Wtedy, na przerwie śniadaniowej, doprowadziły do łez i nawet trochę zrobiło mi się głupio, ale nie na tyle, żeby przeprosić. Nie na tyle, żeby – po chwili zmieszania – nie wyszydzić również jej łez. Żeby nie nazwać Kasi w myślach histeryczką, dzikuską, wariatką, czyli dokładnie tak samo, jak nazywała mnie matka, dopóki nie nauczyłam się nie dopuszczać emocji do głosu.
Obraz płaczącej Kasi wrócił do mnie wiele lat później, kiedy pewnego dnia przyniosłam na kozetkę swojego cynika i trzeba było go wziąć w terapii na tapet. Nie od razu, rzecz jasna. Najpierw bowiem (zaraz po tym, jak zrobiło mi się trochę głupio, ale nie na tyle, żeby swoją terapeutkę przeprosić, nie na tyle, żeby – po chwili zmieszania – nie wyszydzić również jej reakcji, nie na tyle, żeby nie nazwać jej w myślach histeryczką, dzikuską, wariatką) trochę mi się odechciało.
Odechciewanie zna każdy, kto kiedykolwiek był w terapii. Pojawia się w relacji z terapeutą coś trudnego, co należałoby przepracować, bo to jest odbiciem problemu, który mamy w relacjach w ogóle, ale nieświadomy strach przed konfrontacją z własną chujnią stawia opór. Wtedy mamy dziesiątki wytłumaczeń. „To nie moja wina!”, „Co on może o
tym wiedzieć?!”, „Ale ona pierwsza!” – i zaczyna nam się odechciewać.
Przychodzić, rozmawiać, otwierać przed terapeutą. Takie momenty są krytyczne,
wielu odechce się już na dobre. Mnie najdłużej odechciało się na rok. Na
szczęście moja terapeutka wiedziała, jak długo przechodzi mi gniew i ile kosztuje
„przepraszam”, dlatego za każdym razem otwierała przede mną drzwi. Poza gabinetem nie jest już tak łatwo.
No więc kiedy w trakcie jednej z rozłąk przestałam już się na nią złościć, zrozumiałam, że to nie ona dała dupy, tylko ja, wróciłam, przeprosiłam, przyniosłam swojego cynika oraz zapłakaną Kasię z ekonomika i poczułam. Poczułam wszystko. Całe zażenowanie, cały gniew, cały smutek, całe rozczarowanie, które inni czuli, kiedy uaktywniał się mój cynik. Poczułam, jak bardzo ich krzywdziłam. Jak zawoalowaną formę może przybrać przemoc. Również w moim wydaniu.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.

Komentarze
Prześlij komentarz