Dziewczynki muszą się uśmiechać
Słyszałam nieustannie, od dziecka. A skoro wszyscy to powtarzali, musiało być prawdą. Że przesadzam, histeryzuję, ciągle się obrażam, wstydzę bez powodu, nie śmieję wtedy, kiedy powinnam, płaczę w najmniej odpowiednim momencie. Ciągle byłam nie taka, jak oczekiwano, czułam nie to, co powinnam, odstawałam i każdy ze stada dawał mi ten przykry fakt odczuć na swój sposób. Wyzwiskami, szyderą, piorunującym spojrzeniem, ale też subtelniej, w tonie paternalistycznym, który wyjątkowo łatwo było wziąć za dobrą monetę. Mężczyźni robili to, bo tak, kobiety – bo tak chcieli mężczyźni.
Wszystko we mnie wrzało, wyczuwałam fałsz i miałam w sobie ogromną niezgodę, ale wtedy nie wiedziałam nawet na co. Potrzebowałam czegoś więcej, czegoś innego, reguł odmiennych od tych, które moja rodzina przekazywała sobie od pokoleń, jednak w ogóle nie umiałam tego nazwać, umiejscowić, wprowadzić w czyn. Nie przyszła też żadna podpowiedź ze strony bliskich. Nikt nie wskazywał kierunków ani sposobów, im wystarczało, że się uśmiecham, nawet jeśli odrobiny śmiechu we mnie wtedy nie było.
Więc przestałam przesadzać. Histeryzować, ciągle się obrażać, wstydzić bez powodu, płakać w najmniej odpowiednim momencie. Na pierwszym miejscu stanęła nauka nieokazywania żadnych emocji. Trochę mniej już odstawałam, trochę bardziej pasowałam do rodzinnego zdjęcia. Ale wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, że są takiej nauki skutki uboczne. Że w końcu przestanę czuć cokolwiek.
Na nieczuciu dożyłam dwudziestego trzeciego roku życia. Cudem, biorąc pod uwagę miejsca, sytuacje i stany, w jakie człowiek potrafi wejść na nieuczuciu. Potem zaczęłam się budzić, do głosu doszła we mnie dziewczynka z przyklejonym uśmiechem. Zakneblowana dziewczynka, torturowana latami. Nieczucie schodziło tak boleśnie, że nawet sobie oszczędzę powrotu myślami do tego czasu.
Dzisiaj, z pomocą psychoterapeutów, oduczam się uciekania w jedyny sposób regulowania emocji, jaki znałam. Poznaję nowe, nieznane i często przerażające, ale zdrowe kierunki. I już nie histeryzuję, tylko przeżywam. Nie jestem przewrażliwiona, tylko wrażliwa. A jeśli ktoś ma z tym problem, to już jego problem.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
O, rany, czuję, jakbym trochę czytała o sobie. Będąc małą dziewczynką, wykształciłam w sobie mechanizm obronny i od tej pory, jak dzieje się coś trudnego - uciekam. Nieczucie niczego robi krzywdę, o czym dowiedziałam się też dopiero na psychoterapii. Konfrontacja z własnymi uczuciami jest trudna, ale to jedyna droga, żeby żyć. Płacz nie jest powodem do wstydu, gniew jest potrzebny, lęk uzasadniony, nawet jak irracjonalny. Obudziła mnie krew na rękach i nawracające napady jadłowstrętu. Obsesyjna potrzeba kontroli, która posunęła się aż tak daleko, że blokuje przyjemność z jedzenia, przyjemność z życia, bo przecież nie wszystko da się kontrolować. Jedynie swoje ciało można.
OdpowiedzUsuńTrzymaj się. Dziękuję, że mogę to przeczytać. Cieszę się, że tu trafiłam.
Ale fajnie, że wpadłaś. Przypomniałaś mi, jakie to dobre uczucie być przyjętą. Zrozumianą. Usłyszeć kogoś, kto ma podobnie. Chyba właśnie teraz, dzięki Tobie, przyszła do mnie odpowiedź na pytanie, którego nawet jeszcze nie sformułowałam, tylko czułam w gardle pod postacią nieustannie nawracających wątpliwości, czy pisać tego bloga. Bo wiedziałam dobrze, co chcę dać, że ktoś może z niego (jeśli zechce) wziąć trochę dla siebie. Jednak nie byłam pewna, czy cokolwiek dostanę ja. Więc to było pytanie o sens, a ten okazuje się oczywisty i nieskomplikowany. Po prostu w kupie raźniej. Dzięki Ci, kobieto, masz u mnie dobrą kawę.
UsuńNo widzisz. Ja dziękuję, że tu jesteś, jak się okazuje, stare, dobre blogi o "czymś" jeszcze nie wyginęły. To jest pocieszające. Szczególnie, jak się jest na głodzie już któryś dzień, natrafi się nagle na coś takiego - promyczek w tunelu, mówiąc kolokwialnie. A kawę zawsze chętnie :)
UsuńJakbym o sobie czytała... Ciągle słyszałam, że mam być taka i taka, a dlaczego się głupio śmiejesz, a innym razem dlaczego taka smutna, a dlaczego taka. W końcu nosiłam przyklejony uśmiech na twarzy, żeby nikt nie wiedział, co się w środku dzieje. Albo w ogóle bez emocji się nosiłam. Całe szczęście ogarniam terapię czwarty rok.
OdpowiedzUsuńSerduchem z Tobą. Masz już cztery latka na karku, więc zapewne wiesz, że w terapii nie zawsze jest lekko. Że to cholernie ciężka i frustrująca praca. Dlatego życzę Ci wytrwałości. Cierpliwości dla siebie, terapeuty, Waszej relacji. I pamiętaj - w ogóle nie musisz się uśmiechać.
Usuń