Z diabłem przy stole


Najtrudniej mówić o tym w pierwszej osobie. Łatwiej pokazać palcem innego, połączyć w „my” albo chociaż ukryć się za jakąś wymyślną metaforą, do której nikt nie znajdzie klucza. No bo jak w tym doskonałym świecie, o idealnie białym uśmiechu i płaskim brzuchu, powiedzieć: „jestem chora”? Do tego nie ma nawet aplikacji.

Potem przychodzą kolejne pytania. Na co właściwie choruję? Znam na pamięć definicje, odsiedziałam setki godzin w gabinetach terapeutycznych, wyżarłam kilka antydepresyjnych półek aptecznych. ED, DDD, AA, DDA, wszędzie pasuję. Ale przecież nie będę chodzić z podręcznikiem psychologii pod pachą, cytując napotkanym osobom fragmenty zachodzących we mnie na przestrzeni lat procesów. Przecież oni mają własne fragmenty. I też są przerażeni na myśl o tym, że ktoś mógłby nie zrozumieć.

Wreszcie, jak pomieścić trwającą czwartą dekadę chorobę na kartce A4? Jak wprasować te wszystkie kompulsywne myśli w zdania nadające się dla ludzkiego oka? A przede wszystkim, jak nie popaść w moralizatorski ton i nie wystawiać własnym przykładem recept na cokolwiek?

Wtedy pojawia się impuls, żeby może właśnie wykrzyczeć, rozpłakać się, zawstydzić. Albo rzucać naukowymi terminami i trzymać wszystko w garści. Dawać świadectwo, że codzienność bez choroby jest na wyciągnięcie ręki. Być jak Pawlikowska, być ponad to.

Impuls przypomina wyrzut glukozy po zjedzeniu batona. Szybuję wysoko, patrząc na ludzi z góry, „mogę wszystko”, „ograniczenia nie istnieją”, inne takie. Ale po chwili szybko spadam na ziemię. Bez spadochronu. Siedzę poobijana, wystraszona, nienadająca się do niczego. A przecież świat o idealnie białym uśmiechu takich nieudaczników nie kocha.

Choruję na smutek i na radość, na lęk i na spokój, na wstyd i na ulgę. Choruję na emocje, bo trudno mi je w sobie układać. Nazywać. Czuć. Bo nauka tego jest najbardziej wyczerpującą, na jaką się zapisałam. Bo wciąż zdarza mi się oblać egzamin, a wtedy stare, kaleczące z wierzchu i od środka nawyki wyłażą na pierwszy plan.

Tak, to nie jest opowieść o cudownym ozdrowieniu. Ale też nie rozłożę się na tej kartce jak na kozetce i nie będę wymyślać życiu, że obeszło się ze mną tak, a nie inaczej. Niech więc będzie to historia pokory wobec bestii w sobie, której nauczyłam się przez lata odpływów i przypływów. Uznania, wydzielenia dla niej miejsca w swoim „ja”  na własnych zasadach, ubicia z nią dealu. Nie wypierania, a uważnego obserwowania tej relacji oraz siebie jako relacji istotny element. Ostrożnego wchodzenia w jedne i niewchodzenia w inne miejsca, bo z nią jednak nie wszędzie bezpiecznie. To opowieść o tym, że jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.



Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.







Komentarze

  1. Cholernie się cieszę, że tworzysz ten blog. Będę czytał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholernie się cieszę, że coś sobie stąd wziąłeś. Będę pisać.

      Usuń
  2. Ja powiem tylko, że cieszę się, że Cię znam, bo czytam, bo mogę współodczuwać, bo Twoja historia jest mi bardzo bliska.

    Ta Wiolka od felernego zielonego serduszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od mojego ulubionego felernego zielonego serduszka. Przylgnęło, podobnie jak kiedyś Twoja "ćma szpetna" i niejeden wiersz już wynikł z tej bliskości. Niejeden jeszcze wyniknie.

      Usuń
  3. Cieszę się, że tu trafiłam. Lubię czytać podobieństwa, bliskości, podobne odczuwanie, doświadczenia. Wtedy czuję się mniej sama na świecie. A choroby mają nazwy, zmieniające się, oznaczone są cyframi, literkami, ale to wszystko to samo. Proces przebiega podobnie, przez lata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko płynie. I wszystko jest płynne. Ja lubię literki. Pomogły mi zrzucić z grzbietu te wariatki, debile, dzikuski, które wrzucali mi od szczyla najbliżsi. Wolę być DDA niż kretynka.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I