Zgniłe jajo
Przeszło dekadę temu, kiedy rozpieczętowałam swój proces terapeutyczny, moja ówczesna psychoterapeutka opowiedziała mi o pewnej klientce z borderline, która potrafiła rozebrać się do naga podczas sesji albo zrobić jej kupę na wycieraczkę. Kobieta zapewniała, że to dopiero hardcore i że ze mną, jak sama widzę, wcale nie najgorzej.
Kilka lat później, na grupie wsparcia dla osób z zaburzeniami odżywiania, spotkałam dziesiątki kobiet mających w życiorysie oddział szpitalny. Prawie wszystkim na dzień dobry diagnozowano ChAD, co stanowiło przyczynek do częstych żartów wtajemniczonych. Borderline była tematem tabu, czymś najgorszym, zgniłym jajem, lepiej nie dotykać. Ani specjaliści na oddziałach, ani terapeuci na wspomnianej grupie wsparcia niczego nie próbowali odmitologizować.
Jeszcze kilka lat później porządnie się rozsypałam i podreptałam do gabinetu psychiatrycznego. Zdiagnozowano borderline. Dzisiaj mam już rzeczy trochę poukładane, diagnoza wiele uporządkowała, zrozumiałam siebie bardziej i przestałam karać, dzisiaj już nie boję się o tym mówić. Ale w pierwszym momencie świat mi się skończył, bo usłyszałam, że jestem czymś najgorszym, zgniłym jajem, hardcorem zdolnym do zrobienia kupy na cudzą wycieraczkę.
Specjaliści nadal robią nam złą robotę. Psychiatra, dr n. med. Jerzy Pobocha, w kontekście zabójstwa rodziców i młodszego brata, jakiego dopuścił się osiemnastolatek, mówi: „Osoby z zaburzeniami osobowości nie mają uczuć i hamulców moralnych, a zabicie nie jest dla nich czymś wyjątkowym”.
Dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, podczas wykładu na temat (o ironio!) szczęścia w Strefie Psyche Uniwersytetu SWPS, zapewnia, że każdy w równym stopniu jest zdolny zarządzać obniżonym nastrojem czy nawet poważnym kryzysem psychicznym, jeśli już do niego dojdzie, natomiast leki antydepresyjne to zło wcielone, robiące niesamowite spustoszenie w ludzkim organizmie.
O krok dalej idzie samozwańcza uzdrowicielka Beata Pawlikowska, wymieniając fatalne następstwa nie tylko samej farmakologii, ale też psychoterapii, oraz przekonując o cudotwórczych zdolnościach pozytywnego myślenia, będącego w stanie wyciągnąć nas z najgłębszej depresji.
Mam wrażenie, że dobrych głosów wciąż za mało. Złych narracji, niedopowiedzeń i przemilczeń zbyt wiele. One rezonują niczym uszkodzona rura kanalizacyjna, te drugie, potrzebne na gwałt, wciąż nie mogą przebić się do mainstreamu.
Mimo wszystko dziękuję, że próbują i że – pamiętając
o ciele – nie zapominają o duszy. Trzymam kciuki za psychiatrię, psychologię, psychoterapię.
Kilka razy zatrzymały mnie po stronie życia, kiedy nie trzymało już nic innego.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
Też trzymam kciuki za psychiatrię, psychologię i psychoterapię. I mnie kilka razy zatrzymały po stronie życia. Tyle ile jest ludzi tyle zdań, ale zawsze będę zachęcać do sięgnięcia po pomoc specjalisty. Ja miałam zwadę z tabletkami, nie dałam sobie pomóc w ten sposób, nie dałam im zadziałać na dłużej, bo miałam chorą duszę, która chciała cierpieć, ale wierzę, że farmakoterapia jest potrzebna, w zestawie z psychoterapią. Wierzę, że jest pomocna, choć nie wszyscy bliscy z mojego otoczenia chcieli bym "truła" organizm lekami. Właśnie w najbliższym otoczeniu zderzyłam się z brakiem zrozumienia choroby i tego jak należy się z nią mierzyć... :(
OdpowiedzUsuńBardzo to jest przykre. Taka pozorna troska, przy jednoczesnym sabotowaniu naszych ruchów ku zdrowiu. Nieświadomym, rzecz jasna, bo tak samo, jak dla nas samych choroba pełni jakąś nie do końca zrozumiałą funkcję, ale wiemy, że damy się za nią poćwiartować, tak samo nasi bliscy nie mają pojęcia, jak wielką wagę nasza choroba ma dla systemu rodzinnego, jednak zrobią wszystko, aby utrzymać status quo.
UsuńDoskonale Cię rozumiem. Świadomość tego wcale nie sprawia, że boli mniej. Wręcz przeciwnie, chwilami ból jest większy niż kiedykolwiek.