Terapeuta też człowiek
„I przyszła się Pani na mnie wyrzygać” – podsumował mój dwudziestominutowy monolog mężczyzna siedzący po drugiej stronie biurka. Biurka zainstalowanego w gabinecie, który znajdował się w poradni zdrowia psychicznego jednej z enefzetowskich przychodni. Do dzisiaj nie mam pojęcia, kim był ten człowiek.
Jedyne, co wtedy wiedziałam, to że wpadam w coraz czarniejszą dziurę, na zmianę głodzę się i prowokuję wymioty, spacerując z psem po izabelińskim lesie, szukam drzewa stworzonego dla liny zakończonej pętlą. Że potrzebuję pomocy, natomiast mężczyzna siedzący w gabinecie z tabliczką „psycholog” ma mi z nią przyjść. Czeka za swoim biurkiem na takich jak ja i ma pojęcie, jak się z nimi obchodzić.
Więc zostałam. Bo jego autorytet, bo moja rozpacz, bo zmieszał z gównem, a przecież mnie od dziecka tak traktowano, więc poczułam się trochę jak w domu. Trochę jak u siebie. I tak właśnie, w roku 2009, wyglądała moja inicjacja psychoterapeutyczna.
Czy tak wygląda cała enefzetowska rzeczywistość? Oczywiście, że nie. Od siedmiu lat jestem w terapii z Jolą, która maleńkimi kroczkami (bo ze mną tylko tak, inaczej jeżę sierść i spieprzam) pomaga mi uczyć się tworzenia siebie na nowo. Z psychiatrią jest podobnie. Na przestrzeni lat trafiałam do różnych psychów i spora część z nich faktycznie nie nadąża za potrzebami pacjenta w tak szybko zmieniającym się świecie. Ale spotkałam też wielu fantastycznych lekarzy. Wielu, dlatego że – niestety – fantastyczni lekarze znają swoją wartość, przenosząc się do prywatnych placówek zaraz po zakończeniu specjalizacji.
Czy w takim razie komercyjni specjaliści są godniejsi zaufania? Niekoniecznie. Spora część zostaje po jasnej stronie, natomiast czarnych owiec też trochę i długo można wymieniać nadużycia wobec klientów, jakich dopuszczają się lekarze, którym pieniądze przysłoniły człowieka. Ja jednak nie o tym.
Kilka lat temu trafiłam na grupę wsparcia dla osób z zaburzeniami odżywiania prowadzoną przez moją byłą psychoterapeutkę. Pracowałyśmy indywidualnie trzy lata wcześniej, odpłatnie, przez kilka miesięcy. W pewnym momencie moja sytuacja finansowa uległa pogorszeniu do tego stopnia, że musiałam zrezygnować zarówno z tych spotkań, jak i z wizyt komercyjnych u poleconej przez terapeutkę psychiatrki. Było mi przykro (bo sesje – chociaż niełatwe – otwierały oczy), czułam strach przed odstawieniem leków antydepresyjnych, stabilizujących mój bardzo obniżony w tamtym czasie nastrój. Ale jakoś przeżyłam. Terapeutka z kolei zdawała się rozumieć moje argumenty, nie mieć do mnie żalu o przedwczesne zakończenie wspólnych spotkań. Na wspomnianej grupie wsparcia, którą prowadziła po latach, okazało się, że jest inaczej.
Od początku czułam między nami napięcie. Tłumaczyłam sobie to jednak własnym przewrażliwieniem, przecież ja zawsze myślę, że ktoś coś do mnie ma. Aż pewnego dnia na jednym ze spotkań poniosło ją i – przerywając mi wpół zdania – zwróciła się do obecnych, zupełnie obcych sobie osób (ponieważ grupy wsparcia, w przeciwieństwie do grup terapeutycznych, nie mają stałego składu): „Widzicie? Teraz Beata pisze książki, a jak do mnie pierwszy raz przyszła,
to była analfabetką i uganiała się tylko za facetami”. Tego, co miało miejsce między nami później, nie opiszę, bo nie mam do tego prawa. Tak, jak ona nie miała prawa użyć jakiegokolwiek wątku pojawiającego się w relacji indywidualnej z klientem na forum grupy tylko po to, żeby nadać spotkaniu, jak to nazywają terapeuci, dynamiki. A w tym przypadku również wyrównać stare rachunki.
Nie, nie, jestem ostatnią, która rzuci w tę kobietę kamieniem. To świetna babka, robi od cholery dobrej roboty (komercyjnie i za free), nie chciała źle, tylko trochę się pogubiła. Pogubiła się już w momencie, kiedy na prowadzoną przez siebie grupę zaprosiła osoby będące z nią w terapii indywidualnej, od czasu do czasu ujawniając na forum kolejny niewinny sekrecik. Kiedy wpuściła do środka mnie, próbując oszukać samą siebie, że nic do mnie nie ma. Bo prędzej czy później mleko musiało się rozlać.
Właśnie dlatego psychoterapeuci stworzyli zasady, których powinni przestrzegać no matter what. Między innymi tę mówiącą o nieprowadzeniu grup, w których spotykają się ich klienci indywidualni. Są tylko ludźmi, pracują na emocjach (swoich i cudzych), a my zostawiamy w ich gabinetach tony radości, smutków i konfliktów. I czasem terapeuci mogą się o jakąś tonę potknąć.
Właśnie dlatego dzisiaj, szukając pomocy, jestem ufna, ale nie bezkrytyczna. Pytam mężczyzn siedzących za enefzetowskimi biurkami, jakie mają wykształcenie, doświadczenie, certyfikaty, w jakim nurcie pracują, z kim i gdzie dotychczas. Reaguję, kiedy czuję, że coś jest nie tak. Kiedy psychiatra w prywatnym gabinecie jednego dnia diagnozuje u mnie skłonność do uzależnień, a następnego częstuje Xanaxem. Dlatego dzisiaj nie idealizuję, tylko wybieram.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.

Komentarze
Prześlij komentarz