Przychodzi ćpun do psychiatry

Żaden lek nie jest zły. Jeśli włączony wtedy, gdy konieczne, a jego stosowanie ma na oku specjalista. Zwłaszcza w przypadku benzodiazepin, które silnie uzależniają, oraz pacjenta w postaci osoby ze skłonnością do nałogów. 

W przeciwieństwie, na przykład, do trazodonu – nieuzależniającego, ale dobrze radzącego sobie u ćpunów z lękiem o różnym natężeniu. U mnie sprawdził się doskonale, rozkładając na łopatki panią depresję tak sprawnie, jak żaden inny antydepresant, który wciągałam. I chociaż efektów ubocznych na początku dawał od cholery, nie zamienię go na żaden inny. Bo pierwszy raz od wielu lat zaczęłam budzić się bez płaczu. Ale bywa inaczej...

Nie wiem, jak jest w innych miastach, ale w Warszawie to częste zjawisko. Ćpun, taki jak ja, trafia do psychiatry. Często przysłany przez „współpracującego” z lekarzem psychoterapeutę, ponieważ ten rozpoznaje w swoim „kliencie” dobry materiał na ćpuna roku. 

Psychiatra proponuje, powiedzmy, alprazolam. I niby mówi: „Proszę uważać”, ale doskonale wie, że ćpun – wychodząc z gabinetu z pierwszą receptą – jest już skończony. Że za kilka dni będzie chciał więcej. I więcej. Że zacznie chodzić od gabinetu do gabinetu, aby tylko zdobyć towar. I nie będzie miał z tym najmniejszego problemu.

Nie mówię, że to norma. Ale znam osobiście osoby, które stały się dla kogoś świetnie prosperującym interesem. Dlatego niezależnie od tego, ile zawdzięczam psychiatrom, psychologom i psychoterapeutom, uważam, że trzeba mówić o tym bardzo głośno.

Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.




Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I