Niemożliwe istnieje
Nie rozumiem. W głowie nie mieszczę, jak można spać kilkanaście godzin i budzić się zmęczonym. Unikać ludzi albo mieć ochotę dać w zęby każdemu, kto otworzy gębę nieproszony. Opadać z sił przy wiązaniu sznurówek przed wyjściem do pracy, z trudem opanowywać płacz, że trzeba znowu do niej. Jak można nie wziąć się w garść, nie iść pobiegać, nie myśleć pozytywnie. Nie pojmuję.
Dzieje się tak ze mną zawsze, kiedy u mnie jest stabilnie. Kiedy nie ma
dołków, nie ma górek, jest równo. Kiedy z dnia na dzień oddalam się od jednego oddalam się od jednego ze swoich epizodów depresyjnych, zapominam, jak czarno tam było. Podobnie z ciężkim kacem. Rzygając na myśl o kielichu, zasięgamy się, że nigdy więcej, ale po tygodniu żołądek niczego już nie pamięta.
Wtedy,
gdy u mnie jest stabilnie, moja pamięć zaciera te wszystkie dni, kiedy świat na
zewnątrz nie miał kształtu ani koloru, był płaski jak ja, kiedy ciężkim,
odrętwiałym ciałem przywierałam do nieścielonego miesiącami łóżka. Wtedy zapominam,
ile wysiłku i łez kosztowało odklejenie się od niego rano, umycie zębów,
wyjście do roboty. Że to właśnie ona trzymała mnie równocześnie przy życiu, bo
gdyby nie domagający się opłacenia haracz za wynajmowaną chatę, nie miałabym
powodu, żeby wypływać spod pierzyny. Wtedy mojemu zrozumieniu coraz bardziej
wymyka się też nieodstępujący mnie w kryzysie psychicznym na krok lęk przed
ludzkim spojrzeniem. Przed przypadkową rozmową. Irytacja, kiedy już do niej
dojdzie. Wściekłość, bo… nikt mnie nie rozumie.
Tylko w jaki sposób ktokolwiek mógłby bezbłędnie zrozumieć, wejść w moją
chorą skórę, dlaczego od kogokolwiek tego wymagam, skoro nawet ja, mając w
życiorysie niejeden nawrót depresji, w kilka tygodni potrafię zapomnieć jej
rysy twarzy? Skoro w okresach zdrowych za oknem jest przestrzennie i
wielobarwnie, ludzie są ciekawi, warci uwagi, wysypiam się w siedem godzin,
sznurówek w ogóle nie wiążę, bo nogi nie mają czasu na takie pierdoły, i coraz
trudniej przypomnieć sobie własną rozpacz sprzed miesiąca? Skoro ja sama
wielokrotnie mam problem ze zrozumieniem siebie chorej? Przecież gdybym nie miała kłopotu z wpełznięciem w swoją zdrową skórę, nigdy bym nie chorowała.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.
Trochę jakbym czytała o sobie, parę tygodni spokoju, a później znów doliny i ciemności. Tak jak piszesz, kiedy nadchodzi spokój o depresji nie chcę słyszeć, leżenie w łóżku cały dzień, bezczynność, myśli samobójcze - to nie o mnie. Tak w kółko, a później zaskoczenie, że jak to czemu znów się tak źle czuję? Szkoda gadać.. a może nie, może właśnie warto o tym mówić.
OdpowiedzUsuńMiłego dnia i zapraszam do siebie
shelazy.blogspot.com
Mówić. Zawsze, kiedy mamy na to siłę. Żeby w tych dniach, miesiącach, latach, gdy jej brakuje, inni wiedzieli trochę lepiej, co się z nami dzieje. Żeby naszej izolacji czy gniewu starali się nie brać do siebie. Żeby może nawet wpadli czasem obok nas pomilczeć. Nawet jeśli udajemy, że nas nie ma w domu. Zwłaszcza wtedy.
UsuńPękają we mnie Twoje słowa. Bolą jakby własne były. Znajome te bóle. Mam nadzieję, że nigdy nie wrócą do Ciebie i do mnie, i do nikogo.
OdpowiedzUsuńJa mam nadzieję, że nie musimy już umierać. Nawet gdy czasem wracają. Że takie niemożliwe też istnieje.
UsuńBeata, wszystko tak po cichu się zmienia, nawet nie wiadomo kiedy wpełza. :( Też chciałabym mieć Twoją nadzieję.
UsuńWiem, Olu. Jeszcze w zeszłym tygodniu pisałam sobie, czytałam, wszystko było cacy. Wczoraj po dwóch tygodniach wróciłam do roboty i rozpadła mi się Beatka.
UsuńTo niezbyt sprawiedliwe, nie wiem gdzie składać reklamacje. Ja bez pracy się rozpadam. Tulę.
UsuńTo zadziwiające, jak w te ciemne dni objawy, odczucia, o których piszesz na starcie, były mi znajome. Cieszy mnie, że data jest tak odległa, cieszy mnie, że potrafisz o tym mówić / pisać, mam nadzieję, że bez tej paskudnej guli w gardle, która sprawia, że opowiada się o tym jak o historii rodem z dreszczowca. Przytulam Ciebie dzisiaj i Ciebie z wtedy. A.
OdpowiedzUsuńSą nawroty. Zawsze będą i już się z tym pogodziłam. Tym lepiej mi z Twoim przytuleniem. Dzisiaj, wtedy i potem.
Usuń