Kryzys miłości

„Wypierdalaj, dziwko, bo Ci łeb rozpierdolę” – zawarczał, trudno zliczyć po raz który, mój brat. Zawarczał na kilka lat przed tym, jak ostatecznie zerwałam ze swoim patologicznym stadem. Byłam już wtedy w terapii i trochę już wiedziałam, że w ogóle nie o mnie chodzi, że zainstalowany w nim sfrustrowany pijak po prostu szuka zaczepki, a ja jestem pod ręką.

Nauczyłam się też nie sprawdzać już w takich momentach jego prawdomówności i nie przystępować do bitwy kończącej się poprzewracanymi meblami. Telefoniczne zapewnienie matki – nieobecnej akurat właścicielki mieszkania – o słuszności braterskiego wzburzenia, gdyż pyskuję, przychodzę wtedy, gdy nie powinnam, i sama się o wpierdol proszę, utwierdziło mnie w przekonaniu, iż należy stamtąd wyjść. I w ten oto sposób pierwszy raz w życiu posmakowałam kryzysu bezdomności.

Miałam sporo szczęścia. Przez kilka tygodni mogłam spać w zajętej przez bank, ogołoconej z mebli, prądu, ogrzewania i wody chałupie znajomej, a tamten listopad był łaskawy. Była lampka naftowa, sterta ciuchów służących za posłanie, cztery polary zamiast kołdry, umiejętność uciekania od bolesnej rzeczywistości w sen. Trochę tylko strachu, gdy kroki na klatce. Ludzie od eksmisji nie mają bowiem w zwyczaju anonsować się bezdomnym. Jednym słowem – nie najgorzej.

Jednak moja głowa miała na ten temat inne zdanie. Kryzys psychiczny, nawracający regularnie od lat szczenięcych, pogłębił się. Rozpacz ustąpiła miejsca pustce. Pusto zrobiło się też wokół mnie. Chętnych do picia wódki, do zabawy, do wypadów na miasto, do wypadów za miasto, do seksu i do śmiechu było od cholery. Od cholery było lajków, serduszek, fejsbukowych egzaltacji. Ale przez tych kilka bezdomnych miesięcy nie było ani jednej osoby, która przyszłaby z kubkiem ciepłej kawy.

Dzisiaj patrzę za okno i myślę sobie, że mogłam nie mieć tyle szczęścia. Tyle siły. Umiejętności uciekania w sen. A mój listopad mógł nie być łaskawy. Myślę sobie, że dzisiaj dla kogoś jest taki listopad, że ktoś właśnie zamarza przy minus piętnastu. Albo umiera z samotności.


Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.



 

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I