Bezlitosna łaska
Morgan Scott Peck, jeden z mężczyzn mojego (prze)życia, powtarzał często, że niewielu spośród tych, którzy żyją w piekle (również wewnętrznym), ma szansę sobie w ogóle ów fakt uświadomić. A zaledwie garstka diabłów decyduje się nawiać z kotła, ponieważ to miejsce jest jedynym, w jakim potrafią się poruszać.
I nie do końca jest tak, że dostaliśmy zajebisty prezent od losu, bowiem życie diabła po jasnej stronie mocy to nauka chodzenia bez asekuracji rodzica, uczenie się wszystkiego od podstaw, po omacku, w izolacji i bardzo często również w strachu o to, czy jutro będzie się miało gdzie spać. To morze cierpienia, osamotnienia, niezrozumienia.
Peck nazywał to bezlitosną łaską i dobrze facet wiedział, co mówi, ponieważ jako człowiek działający w obszarze ludzkiej psychiki doświadczał tego w swoim gabinecie (oj tak, potrafimy być dla swoich terapeutów okrutni i niszczyć ich dokładnie tak samo, jak niszczymy bliskich nam ludzi i samych siebie), ale też w życiu prywatnym (ze strony znajomych nieprzepadających, z wiadomych powodów, za jego „widzeniem więcej”).
No więc niektóre
diabły w pewnym momencie wymiękają, każą bezlitosnej łasce spierdalać i wracają
do kotła. I ja się im w ogóle nie dziwię. Bo zawsze, kiedy znajduję się w
trudnym położeniu – finansowym, mieszkaniowym, zawodowym, relacyjnym lub zdrowotnym – bardzo, bardzo, bardzo chcę do domu.
Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.

Komentarze
Prześlij komentarz