Odchodzenie


To jedna z najfajniejszych rzeczy, jakich nauczyłam się w terapii. Od ludzi, miejsc, sytuacji, ale też nawyków, które mi (delikatnie mówiąc) nie służą. Dawniej, im bardziej coś było dla mnie destrukcyjne, tym mocniej się do tego przyssawałam. Potrafiłam błagać na kolanach, by nie odchodziło, dostając równocześnie kolejne razy. Byłam książkowym przykładem bordera, produktu bierno-agresywnego chowu, który za odrobinę uwagi gotów jest zebrać największy wpierdol.

Na swojej kozetce długo i w bólach uczyłam się, jak dawać sobie tyle atencji, aby czuć się zauważoną, istotną, adekwatną. Jak nie wsiąkać, nie przywierać, pozostawać odrębną i odchodzić natychmiast, gdy tylko zauważę pierwsze sygnały manipulacji, fałszywej troski, ignorancji czy biernej przemocy. I chociaż łażę często cała poobijana i wycieńczona, bo na wiele prób wystawia mnie życie, a zgniła przeszłość puka co chwilę (delikatnie mówiąc) w któreś okno, to i tak wiem, że wygrałam.


Jestem borderline. I już nie wstydzę się mówić o tym głośno.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mój ból jest większy niż Twój

Zrobię sobie dobrze

Zabawy na sianie, część I